Czuję miętę:-)

Czuję miętę:-)

W zasadzie to jakimś wielkim fanem miętowych smaków nie jestem, wszystko zależy od tego z czym się je połączy;-) Takich na przykład lodów miętowych z czekoladą i truskawkami, to bym na pewno nie odmówiła. 
Jakiś czas temu popróbowałam sobie sznurkowego dziergania, powstał wtedy ten chodniczek>>, oczywiście w mojej lekko(???) szalonej głowie od razu zrodziły się kolejne pomysły na zastosowanie sznurkowych splotów. Jeden z kilku właśnie udało mi się zrealizować. Wydumałam sobie do kompletu kolejny, niewielki dywanik łazienkowy, taki w sam raz do ułożenia obok prysznica. Tym razem postawiłam jednak na monochromatyczny, prosty wzór, który z założenia miał być kołem, ale chyba bardziej przypomina ośmiokąt foremny;-) Jako kolor wybrałam orzeźwiającą miętę, a właściwie sznurek lekko melanżowy, bo nazwa koloru sznurka to szaro - miętowy. W sumie nie wyszło najgorzej jak na pierwszy raz, chociaż do ideału, jak zwykle trochę brakuje;-) Próbowałam uchwycić na zdjęciach kolor chodniczka, ale nie było to łatwe wiec trochę tych zdjęć wyprodukowałam, a i tak chyba do końca mi się nie udało szaro - mięty pokazać.





Tutaj chyba kolor najbardziej zbliżony do oryginału.


Średnica 60 cm, sznurek bawełniany grubości 5mm z poliestrowym rdzeniem. Wzór to półsłupki ułożone według tego wzoru (pierwszy)>> ale robione "ciągiem" czyli bez przechodzenia do kolejnych rzędów. Podobają mi się te proste spiralne sploty :-)



A tak wygląda po "lewej" stronie, może trochę inaczej, ale w sumie też ciekawie;-)



A w miejscu docelowym prezentuje się tak:


Chociaż dzierganie  grubym sznurkiem i szydłem jest dość męczące, bo nadgarstek musi mocno pracować, to obawiam się, że te następne pomysły będą mnie męczyć równie mocno jak samo szydełkowanie. Podoba mi się  efekt pewnej surowości, który dzięki sznurkowi można uzyskać. Ale na razie od sznurków chyba sobie odpocznę, najlepiej w towarzystwie, zimnego truskawkowego szejka z odrobiną mięty oczywiście;-)


 Pozdrawiam:-)




Czerwcowy minimalizm?

Czerwcowy minimalizm?

Wczorajsza, jesienna odsłona czerwca usadziła mnie wreszcie przy biurku. Latem trudno mi się zmobilizować do kartkowania, jakoś mało bywam w domu;-).  Tematy na kolejny odcinek Anulkowej zabawy kartkowej>> wymyśliła Ewa,  specjalistka od malowanych aniołów i scrapowych specjałów, które możecie podejrzeć tutaj>>, oraz właścicielka przepięknego ogrodu, do którego zaprasza nas tutaj>>. Tematy bardzo mi się podobały,  jeden  to nawet podobał mi się do tego stopnia, że miał być mój (ale spokojnie, już wymyśliłam coś innego). Zastosowanie gazet jako elementów kartek, to był  impuls do tego, że w ogóle zajęłam się  zabawą w kartkowanie. Mam takie dziwactwo estetyczne, że uwielbiam podziwiać malownicze rządki literek;-). W moich pierwszych kartkach gazety królowały niepodzielnie. Od tego czasu mój warsztat kartkowy trochę mi się wzbogacił w sensie ilościowym, bo jeśli chodzi o umiejętności, to tu się raczej  zmieniło niewiele. Czyli niezmiennie pozostajemy w świecie kartkowego minimalizmu i prostoty.
Zgodnie z wytycznymi gazeta miała się znaleźć na kartce okolicznościowej. U mnie kartka na okoliczność Bożego Narodzenia bo jakoś innej okoliczności chwilowo na horyzoncie nie widać.


Bożonarodzeniowy aniołek też przysiadł sobie na obłoczkach z gazet. Obłoczki (i gwiazdki powyżej) trochę rozjaśniłam brokatem, niestety ten okazał się bardzo mało fotogeniczny.


I na koniec kartka wielkanocna ze ścinkową bazą. Wielkanocnie, to mi chyba tylko napis wyszedł ;-)


I jeszcze obowiązkowy kolaż i banerek zabawy...




Karteczki jak widzicie skromne, ale może dzisiejsze widoczki ogrodowe będą chociaż częściowym usprawiedliwieniem moich ucieczek od posiedzeń przy biurku.
Słońce, kolory i zapachy, ogród to chyba jedyne miejsce w którym mój wrodzony minimalizm gdzieś się zapodziewa.








Ten młodziutki jaśminowiec trudno dostrzec pośród rozrośniętych, starszych krzewów, za to wieczorami, takimi jak dzisiejszy, nadrabia swój minimalizm  zapachem.

Pozdrawiam i życzę Wam pięknego, słonecznego tygodnia.



Kolorowe sny ;-)

Kolorowe sny ;-)

Każdy, kto chociaż trochę plótł z gazet, wie, że wyplatanie prostokątnych koszyków to wyższy poziom wtajemniczenia, szczególnie jeżeli zależy nam na kątach w miarę prostych i wyplatanym dnie. Oczywiście można sobie pomagać rozmaitymi gadżetami w stylu formy z kartonu czy jakiś magicznych przyrządów do wyplatania dna. Problem polega na tym, że jeżeli chcemy upleść koszyk według ustalonych wymiarów, to te wszystkie wspomagacze musimy sobie najpierw przygotować. Z natury jestem raczej leniwa, więc siłą rzeczy wyplatanie prostokątnych koszyków omijałam szerokim łukiem. Kilka (dosłownie) koszyków w kształcie prostokąta, które udało mi się upleść tylko mnie w tej prostokątnej antypatii utwierdziło.
Zachęcona pozytywnym przyjęciem moich prostokątnych osłonek z poprzedniego posta>> (dziękuję Wam ślicznie za komentarze:-)) postanowiłam  poćwiczyć sobie  chociaż trochę wyplatanie prostokątów. Żeby było ciekawiej  "poszłam na żywioł" i zrezygnowałam z jakichkolwiek pomocników przy wyplataniu prostokątnego dna, bo o tym, że nie lubię pleść z użyciem formy, to już raczej wiecie;-). 
Tylko kolorowe rureczki, dwa popołudnia i ja. O dziwo, całkiem przyjemnie mi się plotło i powstały dwa testowe koszyczki: pierwszy- prostokątny, drugi - malutki i kwadratowy.




 
Wyjątkowo nie będę dziś marudzić, sama jestem zaskoczona, ale  mi się nawet podoba. Nie wiem jak to się stało, że nie umiałam, nie lubiłam a tu nagle umiem, a nawet lubię. Ten większy koszyk ma dno plecione splotem podwójnym, a mniejszy pojedynczym, poza grubością różnica jest raczej mało widoczna.



Wydaje mi się, że narożniki też całkiem nieźle się prezentują;-)



Kiedy biegałam z aparatem łapiąc do zdjęć ostatnie promienie zachodzącego słońca, przypomniała mi się pewna historia. Legenda rodzinna głosi, że  jeździć na rowerze nauczyłam się we śnie. Długi czas urzędowałam na rowerku z doczepionymi kółkami pomocniczymi i za nic w świecie nie pozwalałam nikomu ich ruszyć. Nie było mowy, aby w asyście ojcowskiej ręki i kija wetkniętego pod siodełko popróbować jazdy na dwóch kółkach. Nie i koniec! Żadne argumenty do mojej dziecięcej główki nie trafiały. Któregoś dnia obudziłam tatę wczesnym rankiem i kazałam sobie odkręcić te kółka twierdząc, że całą noc się uczyłam jeździć na "jowezie" i już "umim", okazało się, że rzeczywiście umiałam, mało tego - "umim" do dziś:-D. 
Może tych prostokątów też nauczyłam się we śnie, bo jakkolwiek to zabrzmi, czasem mi się śni, że plotę.

Kolorowych snów i pięknego, długiego weekendu Wam życzę i zmykam spać, może znów czegoś pożytecznego się nauczę ;-)

Spadłam z Księżyca?

Spadłam z Księżyca?

Owszem, czasem mam takie głębokie przekonanie obserwując siebie i świat dookoła:-D. Tym razem moja podróż z Księżyca była twórcza. Mam taką dziwną przypadłość, że podczas pełni księżyca przydarzają mi się bezsenne noce. W tym miesiącu pełnia zrobiła mi prezent i przypadła w weekend więc mogłam sobie spokojnie czekać na sen do świtu i rozmyślać o czymś przyjemnym. Właśnie tej piątkowej, księżycowej nocy wpadłam na pewien pomysł, który z księżycem nie ma akurat za wiele wspólnego;-) 
Już jakiś czas temu zaplanowałam sobie, że zapas dość wiekowych rurek zalegających na strychu przerobię w osłonki na doniczki. Sezon ogrodowy w pełni, plastikowe doniczki w ogrodzie są bardzo funkcjonalne, ale urodą nie grzeszą więc może spróbuję je trochę poubierać.  Zależało mi jednak na tym, żeby te osłonki nie miały dna, tak aby woda od podlewania lub deszczu mogła sobie przez nie spokojnie przelatywać. Leniwa jestem po prostu i nie chce mi się po każdej ulewie opróżniać spodków z nadmiaru wody, a poza tym papier jednak za długimi kąpielami  nie przepada;-). Pomysł niby prosty, tylko jak stabilnie umocować rurki osnowy, skoro nie ma dna?  Najpierw myślałam żeby do każdej doniczki dorobić odpowiednia formę i na niej pleść, tylko to by strasznie dużo czasu i zbędnej roboty pochłonęło, potem pomyślałam o jakimś stelażu z drutu, (tak jak robię to, kiedy chcę uzyskać dziurę w plecionych abażurach) a na samym końcu, czyli właśnie podczas piątkowej nocy, wpadłam na pomysł, że żaden drut nie jest mi przecież potrzebny bo odpowiednio grube rurki załatwią sprawę.  Żeby nie było za lekko, to realizację pomysłu zaczęłam od tego, co wydawało mi się najtrudniejsze, czyli prostokątnych osłonek na kwiatowe korytka stojące na parapecie kuchennym. 
Efekt uzyskałam taki...


W zbliżeniu chyba trochę lepiej widać, sposób zamocowania rurek osnowy...


Nie powiem lekko nie było,  prostokątne splotki w ogóle do łatwych nie należą a brak formy, a przede wszystkim dna, (które pozwala obciążyć koszyk, tak aby osnowa była stabilna)   powodowały, że ten prostokąt strasznie mi skręcał i falował podczas plecenia. Jakoś sobie poradziłam i na wszelki wypadek machnęłam od razu dwie równe osłonki, po przerwie to do drugiej ciężko by mi było się zapewne zmobilizować:-)




 Tak teraz wygląda mój kuchenny parapet:

Osłonki mieszczą doniczkę razem z podstawką, gdyby była jednak potrzebna.

A  dla ciągle nieprzekonanych o mocy papieru  i lakieru mam jeszcze dwa zdjęcia;-). Koszyk, na którym dawno temu ćwiczyłam transfer na rurkach,  czwarty sezon w ogrodzie...


i drugi z papierowych koszy, trochę większy,  trzeci sezon w ogrodzie.


Żaden z nich nie był nawet powtórnie malowany, chociaż co roku sobie obiecuje, że je trochę odświeżę;-) 

Pozostaje mi wydumać, jak zrobić wiszące koszyki bez dna :-D, ale to może przy następnej pełni.

Pozdrawiam niedzielnie:-)

Chwile ulotne jak motyle ;-)

Chwile ulotne jak motyle ;-)

Na dzisiejsze popołudnie zaplanowałam relaks:-) Dokładnie  tak, zaplanowałam sobie że odpocznę. Wbrew pozorom odpoczynek, to jest coś, co planuje mi się najtrudniej. Kiedy wczorajszego wieczora zmęczenie położyło mnie do łóżka około dwudziestej trzeciej (zazwyczaj o tej godzinie można mnie zobaczyć w łóżku, tylko jeżeli jestem  poważnie chora;-)) to resztkami świadomości uznałam, że jest na tyle źle z moją energią życiową, że koniecznie muszę odpocząć.
Dziś po powrocie do domu czekała na mnie  niespodzianka w postaci przesyłki z blogowego świata.  Anetta>> - specjalistka od scrapków, frywolitek, szydełka,  igliczek...  i nie tylko - pokazała niedawno na swoim blogu, dokładnie tutaj>>, bardzo pomysłową ogrodową karteczkę, a że chciała nią kogoś obdarować, to ja się nieśmiało zgłosiłam i szczęście się do mnie uśmiechnęło:-).  Kiedy rozpakowałam przesyłkę zawierającą sielską karteczkę, czekoladkę i kilka słów od Anetki,  to natychmiast przypomniałam sobie o wczorajszych wieczornych rozważaniach.  Zabrałam się więc szybko za realizację swojego niecnego planu, zanim rozsądek podpowie mi, czego to ja nie mam do zrobienia. Pozbierałam kilka gadżetów relaksacyjnych w postaci napoczętej robótki oraz książki, dorzuciłam też aparat fotograficzny, żeby zanim zatopię się w słodkim lenistwie pstryknąć kilka zaległych zdjęć. W towarzystwie wymienionych pomocników i pachnącej kawusi rozgościłam się na ławeczce w ogrodzie. Powietrze było rześkie i chłodne po wczorajszych ulewach, ale słonko mocno przygrzewało więc w miejscu osłoniętym od wiatru było można się spokojnie powygrzewać. 
Korzystając z tego słoneczka zaczęłam od zdjęć.
Najpierw dzisiejszy prezent od Anetki, czyli ogrodowa karteczka pełna uroczych ogrodniczych detali, których misterność można docenić dopiero kiedy ma się taką pracę w ręku, na zdjęciu trudno uchwycić kropelki rosy na kwiatkach, "zardzewiały" haczyk na konewkę czy "ziemię" którą wypełniona jest doniczka z kwiatkami...



Zauważyliście, że te papierowe kwiatuszki rosnące w kartkowym korytku wyglądają identycznie jak te prawdziwe?
Anetko dziękuję za piękną kartkę, czekoladkę i  kilka ciepłych słów do mnie, (a właściwie to o mnie, miałaś rację, to cała ja:-)). Będę miała teraz ogród na wyciągniecie ręki, nawet w długie zimowe wieczory.
Przy okazji ogrodowych zdjęć sfotografowałam też motylki. Delikatne, bielutkie, misternie wykonane haftem Richelieu, przyleciały do mnie zza płotu, czyli od Marysi>>. Jeden motylek przysiadł sobie najpierw na  uginających się od nadmiaru kwiatów gałęziach krzewuszki...


 a potem poleciał odpocząć w lekko zacienionym zakątku z hortensją pnącą.


Drugi zaadoptowany przeze mnie motylek od Marysi wkomponował się w zakładkę.



Marysiu bardzo dziękuję, a całą motylą rodzinkę możecie obejrzeć tutaj>>.
Motylki zwiewne i delikatne, kojarzą nam się z ulotnością chwil. Książkę którą widzicie na zdjęciu czytam powolutku już od jakiegoś czasu. Z pewnością do lekkich i zabawnych nie należy, ale jest pięknym świadectwem właśnie ulotności naszego życia. "Jeszcze jeden oddech" to prawdziwa historia wybitnego, amerykańskiego neurochirurga Paula Kalanithiego. Stając nareszcie u szczytu kariery zawodowej, której poświęcił całe dotychczasowe życie, niespełna trzydziestosześcioletni Paul dowiaduje się  o śmiertelnej chorobie. Nagle z lekarza ratującego życie wielu ciężko chorych pacjentów staje się pacjentem walczącym o własne zdrowie i jakość życia, które mu pozostało. Mądra i inspirująca historia, do mnie przemawia zapewne zdecydowanie mocniej, ale na pewno warta przeczytania przez każdego, chociaż może niekoniecznie podczas wakacji...
A co z moim osobistym relaksem? Kawa, czekolada, książka i robótka, czyli zakupiona niedawno do przetestowania włóczka Scheepjes Whirl, czekały cierpliwie, aż skończę biegać z aparatem...


ale się niestety nie doczekały;-)
Bo na tym właśnie polega ulotność chwil, że te najlepsze bywają krótkie. W ciągu kilkunastu minut słońce przykryły ciemne chmury a ulewa, grad i burza przegoniły mnie ekspresowo do domu.
Ale przynajmniej udało mi się zupełnie nieplanowo napisać tego tasiemcowego posta :-D

 Pozdrawiam już słonecznie:-)
P.S. Jak słusznie zauważyli niektórzy zabrałam się nareszcie za wiosenne porządki na blogu. Na razie zmieniłam tylko szablon, ale trochę muszę jeszcze "pogrzebać" w źródłach, żeby spełniał moje oczekiwania, więc chwilami może tu być lekki bałagan;-)




Copyright © 2014 Papierolki , Blogger